Żeby zamknąć kadłub, należy najpierw skończyć kokpit, a przynajmniej tablicę przyrządów i panele boczne. Optymistycznie zakładałem, że obędę się tu bez blaszek czy innych dodatków i wykorzystam to, co dało Academy w plastiku i kalkomaniach, a potem trochę popracuję pędzelkiem i będzie gites. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że wszystko, co "dało Academy", wygląda tak:
Można więc śmiało powiedzieć, że nie dało prawie nic, bo liczyłem przynajmniej na jakieś zegary na kalkach, a w dodatku "wypukłości" na elementach plastikowych okazały się dość marnie odwzorowywać rzeczywistość.

Już nie ten wzrok i ręce, żeby się z tym bawić, więc zamówiłem kalki 3D do kokpitu z Quinty (a przy okazji parę innych dupereli i kolejny model do składziku, bo cóż innego można zrobić z premią świąteczną?)
W oczekiwaniu na kalki (MOŻE dotrą przed świętami), zająłem się innymi elementami modelu. Ze zdziwieniem przyjąłem fakt, że szwajcarskie Hornety mają dość pokaźny reflektor na lewej burcie, a gdy zdziwienie minęło - wywierciłem sobie odpowiedni otworek. Zaszpachlowałem też linie nieodległego panelu, bo jego z kolei być nie powinno:

Co ciekawe - samo "szkło" reflektora Academy dało w elementach przezroczystych, więc przewidziało taką opcję.
Potem pomyślałem, że kończyć za szybko drugiego modelu w konkursie nie wypada, więc wpadłem na genialny pomysł, że sobie coś powycinam. A ponieważ Hornety na ziemi bardzo rzadko pokazują się ze schowanymi klapami, to stwiedziłem, że powycinam sobie klapy i klapolotki:

Niestety wszystkie znane mi modele Hornetów w 1:72 nie mają wypuszczanych klap, a to moim zdaniem dość istotny element, jeśli odwzorowujemy F/A-18 na ziemi. Co prawda zestawy waloryzacyjne w tym zakresie zrobiły swego czasu koreański Wolfpack i czeski RES-IM (całe skrzydła do podmiany!), niestety od jakiegoś czasu są one całkowicie niedostępne, a poza tym koszt ich zakupu stanowił niemal równowartość modelu. Pozostało mi więc zrobienie tego własnoręcznie.
Cięcie nie było zbyt łatwe, bo skrzydła w modelu Academy są jednoczęściowe, a więc nieco grube. W związku z tym trochę to trwało, ale jakoś się udało:

Samo porżnięcie skrzydeł to jednak nawet nie połowa sukcesu. Po pierwsze - trzeba to wszystko teraz odpowiednio wyprofilować i dopasować do stałych części skrzydeł. Po drugie - w Hornecie klapy tylne i klapolotki są dwuszczelinowe, więc trzeba wyrzeźbić i wyprofilować dodatkowe, bardzo cienkie panele u nasady klap. Po trzecie - klapy tylne w oryginale trzymają się skrzydeł tylko na zawiasach, które też trzeba odpowiednio przerobić. A potem to wszystko trzeba jeszcze poskładać do kupy i nie połamać przy byle okazji.

Ogólnie rzecz ujmując - fajnie sobie to wymyśliłem.
Na szczęście pomysł, żeby zrobić jeszcze złożone końcówki skrzydeł, szybciutko porzuciłem.
cdn.