Montaż silnika miał kilka etapów. Pierwszy był dość rozbudowany. Najpierw przygotowałem sobie około trzydziestu klamerek w kształcie litery C tylko trochę bardziej płaskich. Potrzebne mi były by złapać ze sobą 18 par przewodów zapłonowych. Wiadomo – wystrzały w przestrzeń i inne formy gubienia. Klamerki te nakładałem na przewody, przesuwałem na miejsce i łapałem mikrokropelkami kleju CA. Zajęło to nieco czasu ale było fajnie i byłem pełen optymizmu. Nawet kiedy ułamał się jeden czy drugi przewód i trzeba było naprawiać. Potem poprawki malarskie i dokleiłem reduktor do gwiazdy. Klamerki przyklejone za wysoko sprawiały, że przewody w przedniej gwieździe układały się zgoła niepoważnie. Mimo to pomyślałem, że jakoś to będzie i zamocowałem przewody przedniej gwiazdy. Szybko przekonałem się, że wszystkie przewody wymagają otworków montażowych na przestrzał. To ułatwia klejenie. Mój optymizm był już niemal na wyczerpaniu po tym jak przy montowaniu przewodów do tylnej gwiazdy odkleiło się kilka klamerek i oderwało się kilka przewodów. Jeden musiałem wzmocnić dodatkowym patyczkiem jak szyną chirurgiczną. Przewód był za rozdzielaczem zapłonu i miałem nadzieję, że nie będzie widać. Wtedy pierwszy raz pomyślałem o rozpiżeniu całego tego ustrojstwa w diabły. Zostało jeszcze tylko kilka przewodów, kiedy złożony na wcisk silnik wyleciał mi z ręki i sfrunął na dywan. Gwiazdy rozpadły się wraz z częścią przewodów tylnej . Siedziałem z tym rozpadniętym silnikiem w ręce dziwnie wyprany z optymizmu (to co opisałem powyżej zabrało mi kilka modelarskich dni) i zastanawiałem się czy naprawiać jak jest, czy roz… to w diabły. Oderwałem reduktor i pourywałem wszystkie przewody. Niektóre siedziały jak…. Ta zbożna czynność przywróciła mi optymizm i zacząłem planować na nowo.
Ogólnie pomysł z pręcikami w roli przewodów okazał się dość słaby. Byłoby OK., gdyby wszystko wyszło za pierwszym razem. W moim przypadku - odpada. No i pozostaje problem nierównych przekrojów. Niby każdy kolejny pręcik jest prawie identyczny ale przy 38 odcinkach wychodzi na końcu, że najcieńszy ma dwa razy mniejszą średnicę niż najgrubszy.
Teraz postanowiłem zastosować żyłkę, ze względu na jej chęć współpracy z klejem CA, a klamerki ceowe zastąpiłem zamkniętymi ogniwkami. Ich produkcja była tylko odrobinę bardziej pracochłonna, za to montaż dużo prostszy i pewniejszy. Ponowne wiercenie w kolektorze przewodów odrzuciłem. Żyłki podkleiłem od spodu. Nie miałem już siły do napraw, a te były by nieuniknione przy nagromadzeniu różnych materiałów w tym kolektorze (kolektor, stare pręciki, klej).
Ponowny montaż poszedł już sprawnie i bez niespodzianek. Przy przewlekaniu żyłek, przez ponownie wywiercone otwory pomagałem sobie różnymi narzędziami. Przydatna okazała się prowadniczka wycięta w paznokciu lewego palca wskazującego.
Wszystkie te przejścia, poparte oczywiście licznymi otarciami farby i koniecznością wielokrotnych zaprawek, wyleczyły mnie ze szczególnych ambicji co do malowania silnika.
Na pierwszej fotce kilka gadżetów pomocnych przy próbach malarskich. Ułożone są na bardzo przydatnym obrotowym stoliku malarskim. Pozostałe fotki to prawie gotowy, jeszcze lepki, P&W R-2800-59 z niezbyt popularnym dwułopatowym śmigłem Hamilton Standard.






