Długo już przeglądam to forum, stwierdziłem, że czas najwyższy, żeby z uczestnika biernego zmienić się w trochę bardziej czynnego.
Modele sklejałem, odkąd pamiętam, co się dało, jak się dało i kiedy się dało. A w zasadzie – to co było.
Natomiast powrót do takiego, można by rzec, prawdziwego modelarstwa miał miejsce gdzieś w okolicach roku 2007.
To będzie model numer dwa. Pracę nad nim zacząłem dwa tygodnie temu.

Model, jak na Revella bardzo dobrze wykonany, wgłębne linie podziału, spora ilość części – ponad 130. I – o dziwo – zaskakująco tani. Wstępne spasowanie również rokuje nieźle. Mankamentem jest natomiast brak jakiegokolwiek wnętrza kadłuba, z wyjątkiem kabiny pilotów i komory bombowej.
Model zamierzam wykonać prosto z pudła, w konfiguracji lotnej, czyli otwarta komora bombowa i zamknięte podwozie, jako że docelowo ma zawisnąć u mnie w pracy nad głową. Trzeba będzie tylko obmyślić jakieś zaczepy.
Malowanie z okładki, z ośmiornicą naokoło wieżyczki.
Na początek wycinanie, szlifowanie i przygotowanie pod surfacer.


Niestety, Revell nie dołożył żadnych figurek pilotów, a skoro ma być konfiguracja lotna, to chyba wypadałoby, żeby byli... próbowałem usadzić tam pilota z Airacobry Eduarda, ale nie ma szans. Jego cztery litery nie mieszczą się w żaden z tych foteli. Poszukam jeszcze, może znajdę jakiegoś innego.
Za pomocą Micro Liquitape sprawdziłem pasowanie części kokpitu do siebie...


… i do kadłuba.



Wszystko OK.
Nietrudno zauważyć, że przez trójkątne wycięcie pod wiatrochron widać tył tablicy przyrządów. Z okrągłych profili, drutu miedzianego i taśmy Tamiya dorobiłem imitacje zegarów.


Można już było malować. Na pierwszy strzał Surfacer 1200 Gunze.

I tu na chwilę się zatrzymuję, bo właśnie zorientowałem się, że jest 5.45 rano.
Jako że kokpit i komora bombowa są już w zasadzie pomalowane, następna część jeszcze dziś, ale w godzinach mocno popołudniowych, albo nawet wieczornych.


















































